środa, 5 lipca 2017

Sobota



                                      Rozdział XIII

             "Sobota "



            Kolejny dzień był, jak tykająca bomba. Od samego rana krzątałem się po pokoju, a w myślach miałem tylko naszą niedokończoną rozmowę, z której jasno wynikało, że nadchodzące dni przyniosą wiele wspomnień. Około dziewiątej ubrany w czarne rurkowate spodnie i czerwoną koszulę w kratę, byłem gotowy wyjść na zajęcia. Narzuciłem puchową kurtkę, którą zafundowała mi siostra i chwiejnym krokiem wyszedłem z internatu. Wiatr muskał moje policzki, a włosy rozwiewały sie z każdym mocniejszym podmuchem. Idąc prosto przed siebie, kurczowo trzymałem się jednej myśli, myśli o nie myśleniu o Piotrze. Myśli, która zajmowała mi prawie wszystkie moje myśli. Nie myśleć o Piotrku, nie dopuszczać do siebie najmniejszego wspomnienia, wymazać, zapomnieć, nie było żadnego telefonu, żadnej rozmowy, nie było Piotra, nie było związku, nie myśleć o Piotrze...
            - Jak leziesz baranie! - Usłyszałem nagle. Nie wiem nawet, kiedy znalazłem się na pasach, stojąc kilka centymetrów od maski czerwonego pasata - rusz się, co się gapisz - krzyczał jakiś nieźle zbulwersowany, łysy, czerwony mężczyzna zza kierownicy.
            - Przepraszam - zamruczałem pod nosem idąc dalej przed siebie.
            Minąłem plac zabaw, na którym o dziwo w śniego-błocie bawiły się jakieś dzieciaki krzyczące na mój widok "pedał, pedał!", ponownie bez większego stresu, zdenerwowania ani nawet mrugnięcia okiem poszedłem przed siebie. Przechodząc przez park, zatrzymałem się na chwilę przed jeziorem, niedaleko ławki, na której często przesiadywałem z Kubą. Wpatrywałem się w nią, jak w malowane wrota, czułem się jak zahipnotyzowany, szukałem jakiś wspomnień, czegokolwiek, żeby tylko zatuszować myśli. Pomogło? Gówno pomogło, poszedłem dalej, cały czas myśląc o tym żeby nie myśleć o nim.
            Jestem, dotarłem, właściwie widziałem z oddali budynek szkoły. Kilkaset metrów dzieliło mnie od wejścia. Wiedziałem, że jak dotrę wszystko minie, zobaczę Kubę i zacznie się opowiadanie o wczorajszej nocy, ich nocy, bo nie mojej, bo przecież ja z nikim nie gadałem, nic sie nie wydarzyło, o niczym nie myślę. Byłem już coraz bliżej. Dziwnie cicho pomyślałem w pierwszej chwili, mało samochodów, w sumie brak samochodów. Gdzie ich wszystkich wywiało?
            - Mateusz! Mateusz cześć! - Słyszę - Zaczekaj!
            Odwracać się czy nie, stanąć czy iść dalej. To on, znalazł mnie, przyszedł za mną. Zatrzymałem się, stałem, jak wryty w ziemię, nie odwrócę się nie dam rady na niego spojrzeć.
            - Jezu chłopie, jak Ty chodzisz szybko - powiedział łapiąc mnie za ramię.
            - Jacek?!
            - A kto? Święty Mikołaj - odpowiedział z żenującym uśmieszkiem. - a ty gdzie pomykasz w sobotę o tej godzinie?
            - Do szkoły, w co?
            - Idziesz na kółko, ale czad wiedziałem, że zmieniłeś zdanie. W sumie to ostatnio nikt nie przychodzi w soboty po za mną i Anką.
            - Jakie kółko, o czym ty do mnie... - Zapytałem całkiem zmieszany.
            - Z chemii! - Przerwał mi.
            - Mówisz... Sobota, tak dziś sobota, nie, wiesz właściwie to ja się umówiłem z kimś tutaj.
            - Przed szkołą?
            - Jak widać.
            - A z kim? - Dopytywał.
            - Nie ważne, chyba jestem już spóźniony.
            - To może dotrzymam ci towarzystwa - wymyślił, natarczywie się gapiąc.
            - Dzięki - chciałem się go pozbyć, ale on ciągle stał i się na mnie patrzył. - Chyba babka od chemii już poszła. Właściwie na pewno już poszła. - Dodałem.
            - To ja biegnę, nie mogę się przecież spóźnić - rzucił biegnąc w kierunku szkoły.
            - Taa, jasne, biegnij! -
            Co ja sobie ubzdurałem? Haha sobota - śmiałem się sam z siebie, nie wiem nawet czy na głos czy tylko wewnątrz siebie, ale byłem ubawiony tą głupią sytuacją. Oderwałem się od myśli, na chwilę.
            Jacek właśnie! Nie powiedziałem, kim jest Jacek. Jacek to kujon, Jacek to nie uczeń tylko encyklopedia. Szczupły, niby blondyn z fryzurą mojej babci, mocne rysy twarzy aaa szkoda tracić na niego czasu. Jacek to Jacek.
            Wygłupiłem się. Zażenowany zaistniałą sytuacją, obróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku internatu. Minąłem ponownie te same starsze panie, z tymi samymi małymi wrednymi psami. Dzieciaki tym razem okazały się bardziej kreatywne, chyba to dotlenienie tak na nie działa - "Pedolinoo!!! Lubisz ciągnąć druta?" - Krzyczały rozwścieczone bachory z placu zabaw. Te dzieci mają 9 lat? Zastanawiałem się przez krótką chwilę ponownie je ignorując.
            Wracałem nieco szybszym tempem, zmieszany, ale jednak z niepozornym uśmieszkiem na ustach. Co jakiś czas zastanawiałem się czy przypadkiem Jacek mnie nie wkręcił z tą sobotą, ale szybko wracałem na ziemię układając sobie w głowię wszystkie wydarzenia z ubiegłych dni, wtedy byłem pewien, że to nie wkręt. Doszedłem do pasów, rozejrzałem się pięciokrotnie, żeby tym razem nie wpaść pod żaden nadjeżdżający samochód. Miałem wrażenie, że z każdym metrem robi się coraz zimniej, a wiatr przybiera na sile. Szare blokowiska otoczone były resztki brudnego śniegu, z kominów wydobywały się kłęby dymu, a moje stopy były już całe przemoczone od topiącego się śniegu. Marzyłem o tym by ściągnąć z siebie przemoczone ubrania, naciągnąć dres i wskoczyć do ciepłego łóżka i zasnąć na dobre kilka godzin.
            Internat z oddali spowiły kłęby szarego dymu unoszącego się z pobliskiej kotłowni. Zbliżając się do wejścia zauważyłem zarysowane dwie postacie przed samymi drzwiami frontowymi. Z każdym krokiem zbliżałem się do nich, jednak nadal nie wiedziałem, kto tam stoi, zwłaszcza, że byli obaj odwróceni plecami w moją stronę. Z pewnością było to dwóch mężczyzn o zbliżonym do siebie wzroście. Jeden z nich miał długi ciemny płaszcz przepasany paskiem, granatowe spodnie i ciemne kozaki, drugi z kolei ciemno brązową puchową kurtkę identyczną do tej, którą kupował Filip, będąc ze mną na zakupach przedświątecznych. 
            W pewnej chwili mocniejszy podmuch wiatru spowodował, jakby cały dym został zepchnięty na drugi plan, a ja zobaczyłem stojących Piotra i Filipa przed wejściem. Zatrzymałem się, serce załomotało mi w klatce piersiowej, tętno i oddech przyspieszyły raptownie, a mózg doznał jakby elektrowstrząsów.
            - Mateusz! - Zawołał Piotr odwróciwszy głowę. - Cześć! - Dodał po chwili.
            - Mateusz? Cześć? - Krzyknął nieco niższym tonem Filip, poczym spojrzeli się na siebie i na mnie.
            W jednej chwili zaczęli oboje iść w moim kierunku, raz za razem przyspieszając tempa, jakby ścigali się o trofeum. Każdy z nich patrzył tylko na mnie, jakby cały świat wokół zupełnie nie istniał.
            Dać nogę? Zamknąć oczy? A może udać, że ich nie znam, że jednak ten samochód mnie uderzył - w głowę czy coś - byli coraz bliżej, a ja coraz bardziej nie wiedziałem, co mam robić. Serce waliło mi już jak opętane, pot zaczął skraplać się po moim czole. Co robić, co robić - krzyczałem wewnątrz siebie.
            - Cześć - powiedzieli wspólnie jednym tchem stając przede mną.
            - Cześć, bo ja właściwie, to...
            - Gdzie byłeś czekam na ciebie już z 10 minut - powiedział Piotr.
            - Dzwoniłem do Ciebie, masz wyłączony telefon - dodał Filip.
            - Coś przerwało wczoraj, jak gadaliśmy późnym wieczorem? - Zapytał Piotr patrząc mi w oczy i odwracając je lekko w kierunku Filipa.
            - Miałem przyjść do ciebie wczoraj, ale nie mogłem wyrwać się z pracy - skomentował Filip z lekkim zdenerwowaniem w głosie.
            - Ja miałem zrobić Ci niespodziankę wczoraj, ale wolałem najpierw zadzwonić i powiedzieć ci to, co powiedziałem, pamiętasz?    
            - Mateusz, wszystko dobrze? Dlaczego się nie odzywasz? - Zapytał Filip.
            - Powiesz coś do mnie - dodał Piotrek.
            - Zamknijcie się oboje! - Wrzasnąłem w końcu.
            - Kim on jest właściwie?! - Zapytał Piotrek stonowanym głosem.
            - A ty niby to, kto? - Dodał Filip.
            - Cicho! - Krzyknąłem ponownie z większym impetem. - Filip to Piotrek mój były. Piotrek to Filip mój były.
            - Co?! To on? - Westchnął Filip
            - On? A ty to, że niby, kto? Mateusz jest mój, ja z nim byłem wcześniej i było nam cudownie!
            - Cudownie? - Zapytałem cicho.
            - No właśnie! Jakby było tak cudownie to nie byłby ze mną od waszego rozstania przez ten cały czas, prawda Mateusz?
            - Cały czas - wyszeptałem ledwo słyszalnie.
            Poczułem, jak moje wnętrzności ogarnia nagły skurcz. Paraliżujący ciężar zamieniał każdy mój oddech w olbrzymi wysiłek. Ich słowa już do mnie nie docierały, powracały echem te wcześniejsze, w żaden sposób nie pozwalając pojąć mi ich sensu. W końcu odwróciłem się do nich plecami. Nagle oboje ucichli, jakby czekając na mój komentarz. Wtedy zupełnie nic nie przychodziło mi do głowy, totalna pustka wypełniała mnie po brzegi. Nie wiem nawet, kiedy zacząłem mówić.
            - Coś ciągnie mnie do ciebie i odpycha jednocześnie. Jakaś część we mnie domaga się ciebie, ale nie wiem, czy kiedykolwiek powinienem się temu poddać. Bo inna część cały czas boi się twojej bliskości. I nie mogę sobie wyobrazić, żeby to... nie bolało...
            Filip wiedział, że te słowa kieruje do niego, że cytuje jego smsa do mnie, bez chwili zawahania odszedł bez słowa. Spojrzał raz ostatni na mnie i po krótkiej chwili zniknął za rogiem internatu. Poczułem wtedy jakby mnie ktoś spoliczkował. Odszedł. Poszedł bez słowa. Poddał się, nie chciał zawalczyć, nie chciał nic. Pewnie znów, nie wiedział, czego sam chce, ale musiał zareagować, bo miał konkurenta.
            - Czyli wygrałem? - Zapytał pewny siebie Piotr.
            Milczałem jeszcze przez pewien czas. W końcu odwróciłem się do niego. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w oczy, więc wpatrywałem się w jego buty. Sekundy ulatywały na wietrze, a ja zdawałem sobie sprawę, że musze w końcu coś z siebie wyksztusić. Pytanie, tylko, co? Kiedy odważyłem się na niego spojrzeć uśmiechał się do mnie. To był ten niezapomniany niegdyś uśmiech, który był dla mnie czymś ogromnie ważnym, czymś, co dawało mi chęć do życia. Ale wtedy stojąc przed nim zastanawiałem się skąd ten facet ma czelność tak się uśmiechać. Na jego widok ogarniał mnie żar gniewu, a puls przyspieszał. Wstrzymałem oddech, czując jak serce zaczyna mi bardziej łomotać.
            - Nie! - Odparłem, zachowując nieruchomą minę.
            - Mateusz mam nadzieję, że będziesz chciał...
            - Nie, nie i jeszcze raz nie - przerwałem szybko. - Idź proszę i zostaw mnie w spokoju samego, muszę przemyśleć wszystko.
            - Kocham Cię - dodał z lekkim załamaniem głosu.
            Poczułem nagłe mdłości, ściskające mi gardło. Żołądek ponownie zaczął sie buntować. W mojej głowie pojawiło się coś na kształt obawy.
            Zupełnie nieoczekiwanie jego ręce objęły moje rozdygotane barki przytrzymując je mocno i uspakajająco, głaszcząc po plecach. W końcu po czasie, który wydawał się mi się godzinami, obrzydliwe mdłości i skurcze minęły.
            - Dlaczego mi to zrobiłeś? Nienawidzę cię za to! Nie odzywałeś się, zniknąłeś z dnia na dzień, nienawidzę cię, nienawidzę, kocham, nienawidzę... - wykrzykiwałem na zmianę okładając go pięściami po torsie. Łzy wypływały mi strumieniami.
            Piotr złapał moje dłonie i przycisnął mocno do siebie. Położyłem głowę ma jego ramieniu wdychając dobrze znany mi zapach jego ciała. Oderwałem się od niego i spojrzałem mu w twarz. W jego oczach lśniły łzy.
            - Tak mi przykro, że to się stało. Wiele bym dał, żeby móc teraz cofnąć czas - odparł.
            Kolana ugięły się pode mną. Nabrałem głośno powietrze, czując, jak krew ucieka mi z twarzy. Przez chwilę ponownie nie byłem zdolny do niczego oprócz gapienia sie na niego bez słowa. Sprawiał takie dziecinnie, kruche wrażenie.
            - Piotrek... odłóżmy naszą rozmowę na inny dzień, za dużo wrażeń, jak na jeden moment. Muszę poukładać sobie w głowie to i owo. Nie chce podejmować teraz, dziś żadnych pochopnych decyzji.
            - Dobrze, ale obiecaj mi, że się do mnie odezwiesz. - Odparł pełen nadziej w głosie.
            Przytulił mnie lekko poklepując po plecach, poczym poszedł i zostawił mnie samego sobie. Przez minutę, może i chwilę dłużej stałem ze zwieszoną głową u wejścia do internatu. Momentami chciałem się odwrócić i krzyknąć za nim, albo samemu pobiec, szybko jednak uświadamiałem sobie, że to jednak nie ma najmniejszego sensu i podjąłem dobrą decyzję.
            Po powrocie do pokoju, rozebrałem się z przemoczonych ubrań, nałożyłem rozciągniętą koszulkę, ulubione dresowe spodnie i naciągnąłem na siebie długie wełniane skarpety, które wcisnęła mi kiedyś babcia. Położyłem się do łóżka. Miliony obrazów stawało mi w pełnej wyrazistości przed oczami. Czułem szczypiące pod powiekami łzy, choć z całych sił starałem się je powstrzymać. Kontury pomieszczenia rozpływały się mi przed oczami. Powracające wspomnienia ubiegłych miesięcy zmuszały mnie do zaczerpnięcia przerażającego tchu. Chciałem się poruszyć, ale ciało miałem sparaliżowane, ręce i nogi w pewnym momencie odmówiły mi całkowicie posłuszeństwa. Miałem wrażenie, że każda kość płonie żywym ogniem, a w głowie czułem głuchy łomot. W końcu straciłem poczucie czasu i rzeczywistości. Zasnąłem.
            Obudziłem się późnym wieczorem, każdy atom mojego ciała błagał o kąpiel. Przełknąłem ślinę, pokonując skurcz w gardle. Niezręcznym gestem przeczesałem włosy na czole. Mały diabelski głosik w mojej głowie podszeptywał mi bez przerwy, że może lepiej byłoby nie obudzić się już w ogóle. Potrząsnąłem głową i opuściłem nogi na podłogę. Pierwsze kroki, jakie zrobiłem, były nieco chwiejne, ale w końcu udało się mi dotrzeć pod prysznic. Rozebrałem się pospiesznie i wsunąłem pod gorącą toń. Woda skutecznie wypierała zimno z mojego wnętrza, a po jakimś czasie przestałem się trząść. Tu w ciszy przerywanej tylko chlupotem wody nie mogłem przestać już dłużej ignorować swoich myśli. Powracało wspomnienie dotyku Piotra, wcześniejszych pocałunków i innych bardziej intymnych stosunków. Zamykając oczy czułem jego dotyk ust na moim karku, co zupełnie pozbawiało mnie myśli. Nie byłem w stanie powstrzymać reakcji własnego ciała na tamten dotyk. To tak, jakby chcieć nakazać ranom, żeby przestały krwawić. Objąłem mokrą ręką swoje przyrodzenie i energicznymi ruchami zacząłem robić sobie dobrze. Doznanie przypominało porażenie prądem. Przez moment miałem wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Myśli nabierały konsystencji gumy, zatrzymując się w mojej głowie tylko na Piotrze. Podniecało mnie to jeszcze bardziej. Pożądanie szalało we mnie jak burza. Pieszczoty stawały się być coraz bardziej intensywnym doznaniem. W końcu dotarłem na szczyt wytrzymałości, myśli działały jak narkotyk, chciałem wyzbyć się złych wspomnieć, czułem, że dochodzę, gdy przed oczami widziałem jego nagi obraz, chwilę później gorąca wilgoć pokryła moją rękę. Po wszystkim poczułem sie pusty i wypompowany. Słyszałem bardzo wyraźnie swój oddech. Nagle jakby przypływ adrenaliny, jakby uderzenie pioruna - myśl!. Wybiegłem cały mokry spod prysznica, kierując sie prosto do pokoju, Woda kapała na podłogę a krople z całego ciała łączyły się w jeden wielki strumień płynący po podłodze. Gdzie jest telefon? Jest! Napisałem smsa do Piotra, "za godzinę, nad jeziorem, tam gdzie kiedyś wyszliśmy nad ranem, tam gdzie kochaliśmy się na zabój."
            Krzątałem się już po całym pokoju, biegałem jak szalony. Uśmiech nie schodził mi z ust, chciałem krzyczeć ze szczęścia, powiedzieć mu, że go kocham. Byłem pewny tego, co czuję, wiedziałem, że nie mogę walczyć ze swoimi uczuciami, że ta walka ma tylko jeden wynik. Musiałem mu o tym powiedzieć, jak najszybciej, bo inaczej czułem, że zwariuję.
            Koszula, gdzie jest ta pieprzona różowa koszula, musiałem ją mieć, bo to prezent od niego. Wyrzuciłem wszytko z szafki, ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania. Jest! Pospiesznie nałożyłem ją na siebie. Nie mogłem zapiąć guzików, jakby wszystko wtedy stawało się przeciwne. Byłem juz prawie gotowy, jeszcze tylko łazienka, musiałem ułożyć włosy i wylać na siebie litry perfum. Gotowy! Już chyba wszystko było zapięte na ostatni guzik. Sms od Piotra - "będę tam za 10 minut". Oszalał? Pomyślałem w pierwszej chwili. Dobrze szkoda czasu, każda minuta wydawała się być na wagę złota. Gdy zakładałem już buty zaczął dzwonić mi telefon. Już, już na mnie czeka? Mama? Nie teraz! Odrzuciłem. Po krótkiej chwili znów dzwonek telefonu rozległ się w pokoju. Co ona chce?
            - Halo?
            - Mateusz?
            - No a niby, kto? - Odburknąłem - Mamo, o co chodzi, nie mam czasu, wychodzę właśnie..
            - Jesteśmy w mieście u Ciebie - przerwała.
            - O Boże, nie chcesz mi chyba powiedzieć, że przyjechaliście do mnie?
            - Musisz tu przyjść - powiedziała drżącym głosem.
            - No nie mogę mamo wychodzę już, umówiłem się to bardzo ważne dla mnie.
            - To jest ważniejsze - wyszeptała, po czym rozpłakała się - przyjdź tu szybko.
            Stanąłem nagle w miejscu jak otępiały.
            - Dlaczego płaczesz? Mamo gdzie ty jesteś? - Zapytałem zdenerwowany.
            Słyszałem tylko szlochanie w słuchawce. Nie mogła zebrać się, żeby cokolwiek z siebie wykrztusić. Kilkakrotnie zbierała się żeby zacząć i znów zanosiła się od płaczu
            - Mamo, powiedz, co się dzieje!
            - Ojciec..
            - Co z nim?
            - Ojciec miał zawał..




https://www.youtube.com/watch?v=aB5-RTCx9kU




4 komentarze:

  1. Czekałem, czekałem i w końcu się doczekałem kolejnego rozdziału, w którym zaskakujesz! Zwrot akcji powiem mega, jestem bardzoo ciekawy jak to się rozwinie
    Pozdrawiam Anonim

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś mnie tknęło żeby sprawdzić czy jest nowa cześć i proszę, niespodzianka :D jest coraz bardziej interesująco, ciekawe co jeszcze czeka Mateusza :) Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. fajne, dziekuje.

    OdpowiedzUsuń